Skraj miasta

DSC_8303

Zawsze, odkąd pamiętam, moje życie toczyło się na skraju miasta, ale również na skraju wsi. Z okien domu widzę migoczące w oddali światła miasta, szczególnie wieczorami i nocą jest to efektowne. Raz są jasne, raz bardziej kolorowe. Światła miasta wibrują, wciągają, mówią chodź do nas, bo tu tyle się dzieje.

Z drugiej strony jest ściana lasu, wąska droga na jego skraju, czasami ktoś przejedzie autem, rowem lub przejdzie pieszo.

Skraj miasta ma to do siebie, że na wiele rzeczy patrzy się z dystansem. Na to miasto patrzy się inaczej, spokojniej, bez ciągłych emocji. Jego wabiące światła i ruch już nie są tak oszałamiające. Na skraju miasta las pachnie żywicą po burzy, a zimą biel śniegu oślepia oczy.

To miasto ciągle się próbuje zbliżyć do mojego domu, i niby się zbliża, ale ciągle coś mu w tym przeszkadza, jakby jakieś nadprzyrodzone siły nie pozwalały mu wciągnąć mojego świata. Żadna inwestycja tu nie ma szansy zaistnieć, a tyle ich planowano. Starsi mieszkańcy mówią, że ktoś nad tym miejscem czuwa, aby pozostało taką oazą spokoju.

Skraj miasta to moje miejsce, w którym z innej perspektywy mogę ocenić mój każdy dzień, ochłonąć. Najbardziej lubię obserwować mój makrokosmos czyli to co się dzieje w ogrodzie, lesie. Tu można odetchnąć, zapomnieć o tym, co było przykre w ciągu dnia. Można zastanowić się nad sobą i można pisać, co kto woli. Skraj miasta to coś mojego, coś co znam najlepiej, gdzie najlepiej się czuję, gdzie moje życie toczy się wolnym rytmem, mimo, że niemal każdego dnia bywam w bardzo dużym mieście, które buzuje energią, światłami, tłumami ludzi pędzącymi z obłędem w oczach, bo czas im ucieka.

A ja tu mam czas na to, aby podziwiać świat, zachwycać się jego pięknem. Dla mnie świat zaczyna się, gdy jestem w moim domu na skraju miasta, gdzie mam dużo przestrzeni, barw itp.